Podcast: Download
Ten o Batmanie

Raz, dwa, trzy, próba mikrofonu. Dzisiaj tak będzie troszeczkę jakby dwuczęściowa. Najpierw będzie pieprzenie, a potem będzie polecanie.
Jeszcze kilka lat temu na pytanie jakiego Batmana lubię otwarłbym bez wahania współczesnego. Ja w zasadzie dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że po pierwsze czytam Batmana już od dwudziestu lat a po drugie ja miałem sporą przerwę w trakcie której mój ulubiony bohater bardzo oddalił się od mojej wizji. Czytam dwadzieścia lat, chociaż tak naprawdę pierwsze moje spotkanie z Batmanem, takie najpierwsze miało miejsce w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych wtedy w magazynie polskim, to był taki polski Reader’s Digest w zasadzie.
Natrafiłem na rysunek, na którym był jakiś facet w pelerynie z uszami, a oprócz niego jakiś frajer w kapelu szósteczką i podpisane ze świata komiksów Batman kontra docentman. Żeby było śmieszniej, ten rysunek był ilustracją do tekstu o firmie Bata, robiącej buty i z Batmanem nie mającej absolutnie nic wspólnego. Przynajmniej tak mi się wydaje, że tak to wyglądało.
Mój ulubiony bohater oddalił się od mojej wizji, ponieważ to co dzieje się teraz, wszystkie te cuda z bitwami o Captur z dwoma Batmanami z podróżami przez czas, to jest jedno wielkie gówno. To wszystko było robione wcześniej, było robione lepiej i to co Grant Morrison wyprawia, to przyprawia mnie o gęsią skórkę w najlepszym wypadku. Ja zacząłem czytać Batmana w okresie, który w jego ojczyźnie wypadł pod koniec lat osiemdziesiątych.
Scenariusze wtedy pisał brytyjski scenarzysta Alan Grant. Rysunki robił niezapomniany Norman Bravehog, o którym już na tych falach wspomniałem. Batman był wtedy w takim stosunkowo krótkim, trudnym okresie, kiedy Jason Todd już nie żył, a nowy Robin Team Drake jeszcze się nie pojawił.
I to był naprawdę przepiękny okres w życiu Mrocznego Rycerza. Samotny, zgorzkniały, taki pełen gniewu detektyw, polegający na intuicji, inteligencji i brutalnej fizycznej sile. Wspomagający się jak na owe czasy być może ciekawymi, ale w gruncie rzeczy prostymi środkami fizycznymi.
Facet nie miał w dupie paralizatora, a jego peleryna nie raziła radioaktywnym gazem przypadkowych żuli. Gość, który był tak na wskroś człowiekiem, również pod maską. Potem to się wszystko trochę zmieniło.
Pojawił się Drake i zanim człowiek się obejrzał to była ta cała chryja z Nightfallem, który może i był fajny w założeniu, ale okazał się ostatecznie śmiertelnie nudny. Tak się śmiertelnie nudny okazał, że ja mniej więcej w dziesiątym szóstym roku przestałem czytać Batmana i przez następnych ładnych kilka lat nie sięgnąłem po niego w ogóle. I prawdę mówiąc po Nightfallu już nic nie było takie jak kiedyś w tej postaci.
Kiedy znowu zacząłem czytać jego przygody to sięgnąłem po dalsze wielkie gothamskie crossovery takie jak Cataclysm, Contagion czy No Man’s Land, ale to po prostu nie było to samo. Przede wszystkim nastąpił taki wielki powrót tzw. Batfamilii, czyli bandy kobiet i dzieciaków pętających się pod noga.
Samotny mściciel polega m.in. na tym, że jest samotny. Harcerzem to był zawsze Superman i wrósł w roli zastępowego opiekującego się swoją bandą wypada kiepsko. Była nawet świetna parodia tego w Black & White.
Ponieważ się trochę spażyłem, a to było jeszcze zanim ten idiota Morrison zupełnie się wysrał na postaci legendę, to zacząłem sięgać w drugą stronę, po starsze rzeczy. Postanowiłem odszukać historię z Batmanem z okresu, który mnie tak pierwotnie zafascynował, więc zacząłem sięgać także po niewydane w Polsce przedruki Legends of the Dark Knight, nawiązujące trochę do roku pierwszego i do takiego młodego Batmana. I po jeszcze starsze rzeczy, po komiksy O’Neila, te, które ilustrował Nowik, bracia Amendola, Adams, Rodgers.
Zacząłem sięgać do korzeni, do tego pierwszego samotnego okresu, kiedy Dick Grayson jeszcze nie był Nightwingiem, ale zniknął już na jakiś czas z Gotham, wybierając się na studia wystarczająco daleko, żeby jego pojawienie się w komiksie zasługiwało na miano występów gościnnych. No i to strzał w dziesiątkę był. Mam tych teraz Batmanów dwie półki.
Tych, czyli wszystkich w sumie. Jedne mniej lubię, inne bardziej lubię. Ze smutkiem ostatnio skonstatowałem, że o ile nie sięgnę po jeszcze starsze rzeczy, takie z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, to w zasadzie ja mój ulubiony okres już wyczerpałem.
Z lat osiemdziesiątych zostało mi dosłownie kilka trade’ów do kupienia, z tych, które wpasują się w moje zainteresowania. Mam prawie wszystkie godne uwagi Elswerdy z tą postacią. Większość takich wydań przekrojowych, które były warte uwagi i praktycznie wszystko, co zrobił Bray Fogle.
Przez jakiś czas troszkę mnie ratował też Russell Gould, ale prawdopodobnie to, co było godne uwagi, to też już mam, a żenując Resurrection, tak mnie zniesmaczyło, że od tego w górę nic z Głową Demona nawet nie szukałem. No i nie chcę dotykać się do wierzygów Morrisona, bo poczekam, aż ktoś w DC pójdzie do rozum do głowy i zrobi z tym wreszcie porządek. Zresztą co to jest za udawana rewolucja, skoro większość z tych jego najbardziej przełomowych historii to są starocie wygrzewane sprzed 30 lat i po prostu koncertowo zepsute dla nowej widowni.
I w tej sytuacji ja staję przed poważnym pytaniem czasem. Czy coś ciekawego i nowego się jeszcze pojawi, czy to dla mnie już będzie tylko kolejne czytanie którejś z tych mniej lub bardziej świetnych historii, które już mam. To się okaże.
Ja jestem spokojny na razie. Przyjaźnię się z Brucem Wayne’em 20 lat i widziałem już jak odchodził, wracał, jak umierał, jak z martwych wstawał, jak cofał się w czasie. Natomiast dla tych, którzy tak jak ja nie bardzo mają ochotę na idiotyzm o wyspie Gibraltar, albo dla tych, którzy nic poza idiotyzmem o wyspie Gibraltar nie znają, to teraz będzie kilka rekomendacji.
Nie żeby to jakaś wielka lista The Best Of, ani nawet niekoniecznie moje ulubione, ale kilka takich pozycji, które uważam za godne uwagi i za warte poznania, szczególnie w dzisiejszych strasznych czasach. The Greatest Batman Stories Ever Told to jest najlepsza przekrojówka z tą postacią. Ja mam akurat pierwsze wydanie, to z okładką Waltera Simonsona, a nie Alexa Rossa.
Mnie zresztą okładki Rossa strasznie denerwują, bo w tej chwili zrobiło się ich nagle pełno. Wyglądało tak jak wyrobił okładki, dosłownie do wszystkiego. To stare wydanie jest fajne, bo zawiera stare historie.
Niektóre bardzo stare, natomiast nie ma w nim kilku nowych rzeczy, które trzeba chyba było schypować, bo one wcale nie były greatest. Podobna do tego wyszła i u nas i nazywała się Przysięga z Zagrobu. To jest taka troszeczkę starość z lat 70-tych, właśnie Nowik, Adams, Giordano.
Jest tam m.in. Duch Zabójczych Niebios, który był w Greatest Stories Ever Told i taka absolutnie obłędna Noc Tropiciela, która jest jednym z najlepszych w ogóle komiksów, jeśli chodzi o zaprezentowanie legendy tego, jaką postacią jest Batman. Z moich takich bardziej ulubionych jest Tales of the Demon, czyli najstarsze historie z rasem Fiuraonila, mniej więcej z podobnego okresu, czyli początek lat 70-tych. Ten sam zestaw rysowników, czyli Adams, Brown, kilku innych takich absolutnych wymiataczy.
Z rasem to wiadomo Trylogia, Birthsun i Bride of the Demon. Chociaż jest już dosyć trudno dostępna, to jednak warto pogrzebać, poszukać. Ze starszych rzeczy, czyli końcówka lat 80-tych, czyli The Cult z rysunkami Bernie’ego Wrightsona.
Chwila mi denerwuje zagrywką kopiu i wkleju, ale oprócz tego są naprawdę świetne i cała ta historia jest świetna. Jest to jeden z dwóch trejdów, w których pojawia się Jason Toth. Może i dobrze.
Jeżeli kogoś kręci Tim Drake jako Robin, to powinien zacząć czytanie o Death in the Family, kiedy rzeczony Jason stracił życie, potem sięgnąć po Year of Freeing, który nie był znany w trejdach, ale jest dostępny w zeszytach. Tam jest Grayson i tam pierwszy raz pojawia się Tim Drake. A potem trzeba łyknąć Lonely Place of Dying i najlepiej takie zbiorcze wydanie, potem Robinę Hero Reborn, które zawiera to, co u nas opublikowano, czyli historię ze Scarecrowem i miniserię Robin z okładkami Volanda.
W tym zbiorczym wszystkie pięć jest przedrukowane, plus jeszcze machnął jedną do samego zbioru, więc to taki dodatkowy bond. Jeżeli ktoś lubi rzeczy ala Legends of the Dark Knight i takie post-Year One, jeżeli ktoś lubi Jeffa Leba zanim się koszmarnie zepsuł i ktoś lubi Tima Sale’a, no to stanowczo Long Halloween i Dark Victory. Dark Victory znowu to opowiedziane od nowa, również origin pierwszego Robina.
Do tego można dorzucić Haunted Knight, którego kawałki wyszył u nas jako Batman Halloween, ale to już nie ta klasa. Amatorom trochę czegoś innego mogę wlecić dwie mangi z Batmanem. Child of Dreams i Death Mask.
Obie są zupełnie inne. Ta pierwsza jest chyba nieco lepsza, natomiast obie są godne uwagi, bo to jest takie troszeczkę inne spojrzenie na tą postać. Jedna bardziej rozgrywa kwestie legendy, naśladownictwa, a druga znowu gdzieś tam cofamy się w przeszłość do okresu, kiedy Batman był w Japonii.
Mniej więcej chyba było w tym okresie, kiedy Jezus był w Tybecie. Dużo fajnych elsewhere’ów. One są o tyle ciekawe, że rozwijają niektóre aspekty postaci i rozpracowują znowu gdzieś tam ten etos, te takie smaczki, na które nie ma miejsca w dosyć sztywnym i dosyć takim kostycznym głównym uniwersum.
Niedużo jest kiepskich elsewhere’ów z Batmanem, natomiast szczególną uwagę należy zwrócić na takie nazwiska jak Chaikin, Mensch z Jonesem. To są takie mocno horrorystyczne powiedzmy, szczególnie Red Rain i Hampton. No i cokolwiek co do Batmana napisał Archie Goodwin, ale ten facet to jest Bóg, tu się nie ma co szczypać.
Jeżeli macie ochotę więcej usłyszeć o tych historiach, to ja praktycznie o wszystkich mówiłem. WEO 180, więc można tam zajrzeć, wrzucić to w wyszukiwarkę i o poszczególnych pozycjach posłuchać. I jeżeli poczytacie te rzeczy, to wtedy możecie zdecydować, czy faktycznie warto sięgnąć czy może wolicie po prostu cztery strony o garderowie Panny Veil.
To wasz wybór. Na koniec tylko chciałbym powiedzieć jedną rzecz, która może nie będzie popularna, natomiast nie kradnijcie tych komiksów z sieci w skanach. Kupcie je.
Jeżeli nie macie kasy, żeby je kupić teraz, to poczekajcie trochę, aż będziecie mieli. Zbieranie komiksów to jest hobby na całe życie. Ja sam mam listę zakupów zaplanowaną na najbliższy rok.
Niektóre pozycje siedzą na niej od początku dekady. Nie kradnijcie tych komiksów chociażby z takiego prostego szacunku dla ogromnego talentu wielu świetnych ludzi, którzy je stworzyli.




