Odcinek 129 – Nie dziękuję ci, Inio

O mandze Inio Asano „Dobranoc, Punpunie”. Zawiera poważne spoilery fabularne w połowie materiału.

Recenzje innych utworów Asano na blogu Gniazdo Światów: Czas przegranych? (Solanin, tom 1) | Dziękuję ci, Inio (Solanin, tom 2) | Mimo wszystko nastanie poranek (Osiedle promieniste)

Poniżej znajduje się tekst oparty na wersji mówionej (z pewnymi zmianami).

Inyo Asano urzekł mnie jako bardzo celny obserwator, bystry taki, sprawny i cięty komentator rzeczywistości. Poznałem go w mangach „Solanin” i „Osiedle Promieniste”. Dwie zupełnie różne, skupiające się na różnych sprawach mangi.

To, co obserwuje, to, co przedstawia trochę czasem beznamiętnie na kartach swoich mang, to potem puentuje pewnymi obserwacjami i pewnymi zwrotami akcji. A do tego jest to wszystko, no, naprawdę przepięknie narysowane. Kreska Asano jest bardzo taka delikatna, bardzo subtelna. Trudno mi określić bezpośrednio, z czym mi się kojarzy. Jest taka bardzo miękka, a jednocześnie bardzo wyrazista, prosta i doskonale przekazuje wszystko. I Solanin te, dobrze ponad 10 lat temu, pamiętam, że chwycił mnie za serce, urzekł mnie.

Ja w Inyo Asano w zasadzie się zakochałem od razu. Tylko, że potem minęło sporo czasu, ponieważ „Osiedle Promieniste” wyszło w 2010 roku i Hanami nie poszło za ciosem. Inyo Asano w zasadzie u nas się nie pojawiał, aż do roku 2018, kiedy to dla odmiany wydawnictwo Kotori wydało dwutomową „Dziewczynę znad morza”.

„Dziewczyna znad morza”, podobnie jak „Solanin”, opowiada o wchodzeniu w dorosłość, ale nie mówi tutaj o młodych dorosłych, nie mówi o ludziach, którzy już są pełnoletni, jeszcze się uczą, ale już pracują. „Dziewczyna znad morza” to jest opowieść o gimnazjalistach i to jest bardzo smutna, krępująco wręcz momentami smutna i przytłaczająca opowieść trochę o tym, o czym jest „Osiedle Promieniste”. O braku, z którym zmagali się mieszkańcy osiedla, mianowicie o pustce emocjonalnej.

Głównymi bohaterami „Dziewczyny znad morza” są gimnazjaliści, przede wszystkim Sato, której brakuje w życiu uczucia. Nie mówimy tu tylko o tym, że ma złamane serce po pierwszym poważnym rozczarowaniu miłosnym, ale całe jej życie emocjonalne to jest pustynia. Życie jej, życie jej koleżanek, życie jej kolegów, przede wszystkim Keisukego i Sobe, którego wplątuję w specyficzny układ.

Ta dwójka dzieci, dzieciaków, młodych ludzi, nastolatków, trudno to określić jednoznacznie, no bo wszystko to jest kwestia perspektywy, prawda? Oni, żeby gdzieś wypełnić w sobie tą emocjonalną pustkę, substytuować ten głód uczuć, oddają się po prostu zwykłemu, pozbawionemu głębszego przemyślenia seksowi. Nadrabiają w ten sposób to, czego potrzebują, a czego nie dostają. To jest taka bardzo smutna opowieść, trochę słodka, trochę jednak bardziej gorzka o tym, że człowiek cały czas szuka, że kogoś potrzebuje, że musi mieć tą bratnią duszę, tą drugą osobę, że partnera bądź partnerkę.

To jest opowieść o samotności i o próbach zasypania tej dziury w duszy, dziury w sercu i o tym, że dojrzewanie i wchodzenie w dorosłość to jest bardzo śliski i trudny temat. „Dziewczyna znad morza” też, mimo że była inna trochę od tego, co poprzednio czytałem Asano od Hanami, przypadła mi do gustu. To jest opowieść zupełnie inna, bardziej intymna i bardziej kameralna, ale też obyczajowo dużo trudniejsza. Wychodząca w rejony, których tamte historie nie odwiedzały i naruszająca w dużo większym stopniu pewne społeczne tabu. A nadal jest to jednak coś bardzo ciekawego, wciągającego. Oczywiście przepięknie narysowana, tak jak poprzednio, ponieważ Asano, jak przystała na dobrego artystę, trochę jednak rozwija się.

Jego styl ewoluuje, zmienia się, to wszystko widać. I z przyjemnością wróciłem do jego twórczości. A potem, w 2019 roku, z zupełnym zaskoczeniem dowiedziałem się, że ma wyjść w Polsce również nakładem Kotori manga „Dobranoc, Punpunie”.

W Polsce wieleśmy słyszeli o tej historii. Wiedzieliśmy o niej, bo jest to prawdopodobnie najsłynniejszy komiks Asano. No i pamiętam, że nawet sam z 10-15 lat temu podpytywałem Radka z Hanami, czy może oni nie. Hanami się nie zdecydowało, ale Kotori, najprawdopodobniej zachęcone dobrymi wynikami, takim dobrym krytycznym przyjęciem „Dziewczyny znad morza”, zdecydowało się wydać „Punpuna”.

Bądźmy szczerzy, bardzo doceniam wysiłek włożony w tą publikację. Jest to historia wydana w Polsce w siedmiu omnibusach, w potężnych tomach. I w ciągu dwóch lat Kotori było w stanie ją zamknąć, opublikować w całości. To niewiarygodne przedsięwzięcie edytorskie. Polskie wydanie jest świetnie przygotowane i sama historia też robi rozmach.

Ale jednocześnie niestety jedyne co mam do powiedzenia na temat „Dobranoc, Punpunie” to jest jedno słowo i to słowo to jest „rozczarowanie”. To jest rozczarowanie, dlatego, że Inio Asano przekonał mnie do tego, że jest bystrym obserwatorem, że potrafi w sposób cięty, często przykry, satyryczny, ale boleśnie prawdziwy podsumować to co widzi, że powstrzymuje się od prostych ocen, ale podsuwa czytelnikowi tropy, dzięki którym czytelnik sam zaczyna zadawać pytania i sam szukać odpowiedzi na tematy bardzo trudne. Mówi o alienacji, o wyobcowaniu, o problemach społecznych, o dorastaniu do pewnych ról, o dojrzewaniu, o szukaniu swojego miejsca w świecie.

Inio Asano zadaje prawdziwe pytania dotyczące prawdziwych zjawisk. Jednocześnie, no właśnie i w „Punpunie” niby to wszystko się dzieje, ale tak naprawdę… ech. Bohaterem „Punpuna” jest tytułowy Punpun. To jest młody chłopak. Poznajemy go, kiedy jest w gimnazjum. Jest narysowany jako dziwaczny ni to ptaszek, ni to duszek. On, jego ojciec, jego matka, jego wuj. Narysowani są tak pokracznie, karykaturalnie, pośród całkowicie realistycznego otoczenia. Jego koleżanki, koledzy, cała reszta ludzi, wszyscy, z kim się styka, są narysowani bardzo ładnie, realistycznie, poprawnie. W stylu Asano, chociaż z przykrością stwierdzam, że jego kresce brakuje już w tym komiksie tej dawniejszej wyrazistości. Tak jak zachwycony byłem samym stylem, miękkością, szczególnie sposobem, w jaki Asano oddaje postacie kobiece, które potrafi zróżnicować, potrafi wydobyć z nich pewien charakter. To nie są tylko ozdobniki.

Mimo tego, że większość z nich jest taka słodka, to nadaje im pewien ryt. Faceci troszeczkę u niego są tacy zmiękczeni. Asano gdzieś graficznie troszeczkę robi to, co zrobiła LeGuin w „Lewej ręce ciemności”. Nie ma kobiecych kobiet i nie ma męskich mężczyzn, bo wszyscy są troszeczkę jakby pośrodku. Mieszkańcy Zimy oczywiście byli hermafrodytami, więc u nich to było normalne. Tutaj autor rozmywa w pewien sposób swoją bardzo subtelną kreską, zmiękcza mężczyzn, dodaje troszeczkę ostrości kobietom.

W „Punpunie” postacie cały czas zachowują ten rys, natomiast mam wrażenie, że drugi plan trochę traci. Nie jestem pewien, czy to jest kwestia ogromu pracy, który należało włożyć w ten komiks, ponieważ jest to ogromna, niewiarygodna saga. Wszystkie te tomy mają, z wyjątkiem ostatniego, po 400-500 stron.

Więc to jest monumentalna rzecz i całość ma w związku z tym dobrych kilka tysięcy stron. Sześć, siedem. To jest gigantyczna praca.

Z rzeczy, które mam na półce mogę ją porównać z „Edenem” Hiroshiego Endo, z „Akirą” Katsushiro Otomo, nawet z „Great Teacher Onizuka”, która jest tasiemcową serią. Ale to są rzeczy zupełnie inne. Więc od razu nie zwróciłem na to uwagi, bo to się nie rzuca w oczy, ale w miarę jak posuwa się seria, to następuje pewna degradacja warstwy graficznej. To jest jeszcze pół biedy. Ona nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Natomiast to, co dzieje się w warstwie scenariuszowej, jest dla mnie rzeczą przykrą.

Najpierw jest tom, w którym poznajemy młodego Punpuna i Punpun to jest taki frajer, leszcz, dzieciak wyobcowany, który trochę się boi znajomych, trochę się boi świata, ma problem. Pochodzi z rozbitej rodziny. Jego ojciec rozwiódł się z matką, wyjechał. Matka pisała do Punpuna listy podając się za ojca, żeby sprawić mu przyjemność. Potem wprowadził się jej brat, który był hazardzistą, pijakiem, kobieciarzem. Generalnie też przegrywem.

Punpun dorasta wśród przegrywów. Otaczają go przegrywy. Punpun też jest przegrywem. Punpun zapada się coraz bardziej w swój świat. I to, że rysowany jest jako właśnie taki ptaszko-duszek, podkreśla ten dysonans. To jest takie pęknięcie, rysa. Tu jest świat, a tu jest Punpun Onodera. Punpun Onodera nie jest częścią świata. I to się tak toczy, toczy, toczy, toczy, toczy, do usrania, czyli aż do piątego tomu.

Punpun dorasta, cały czas jest przegrywem. Pojawiają się jakieś postacie. One w zasadzie mnie nie obchodziły w ogóle jako czytelnika. Było ich na tyle dużo, że w pewnym momencie przestałem nawet zwracać uwagę, kto jest kim. Oto jest były kolega Punpuna Onodery ze szkoły, który też jest przegrywem. I drugi jego kolega, który jest kolegą tamtego, który nie jest przegrywem, ale ich wątek w żaden sposób przez większość czasu nie splata się nijak z głównym wątkiem.

Oto jest koleżanka Punpuna Onodery, która rysuje komiksy. Jest to taki autoironiczny, jak sądzę, wtręt w pewnym momencie, kiedy Punpun ze swoją koleżanką idą do wydawcy mangi. Zanoszą komiks o chłopaku, który jest bardzo wyalienowany i toczy swoje przegrane życie, które nic nie znaczy i w zasadzie nic tam się nie dzieje. I redaktor mówi im, że ludzie nie chcą czytać o przegrywach. Nikt nie będzie chciał czytać mangi, której bohaterem jest przegryw, któremu nic się nie udaje i w którego życiu nic się nie dzieje. Ale ta manga właśnie o tym jest.

„Dobranoc Punpunie” to jest manga o przegrywie, który nic nie robi, nic się nie dzieje. Podejmuje jakieś mizerne próby, ale większa część mangi polega na tym, że on się snuje w tę i z powrotem, nie robiąc kompletnie nic i przetykane jest to bełkotliwymi przemówieniami jakiegoś przywódcy sekty, która gra na klawikordach, żeby zachować równowagę wszechświata. Jest to wszystko absurdalne.

Cała ta historia to jest zlepek absurdalnych rzeczy. I ja bym nawet jeszcze łyknął to, ale potem następuje piąty tom, kiedy wszystko się totalnie wykoleja. Wiecie, to jest tak, że jedziecie sobie kolejką WKD, śmierdzi szczynami, wieje, jedno okno jest wybite, podłoga pomazana sprejem, no ale to się toczy, nie? I nagle kolejka wypada z torów, wpada do rzeki.

I to jest taki zwrot akcji, tylko, że nikt, jadąc kolejką WKD, nie ma ochoty wypaść z torów i wpaść do rzeki. Okazuje się, trochę tu pozwolę sobie na spoilery, dochodzi do przypadkowego, albo nieprzypadkowego zabójstwa, którego sprawczynią jest dziewczyna, której przez większą część serii nie ma. Przez większą część serii jej nie ma.

Mianowicie, ona pojawia się na samym początku, w pierwszym tomie, ma na imię Aiko. Aiko jest piękna, chyba bystra, a Punpun zakochuje się w niej bez pamięci, bo ma szeroki uśmiech bez zęba na przedzie i Punpun obiecuje jej, że razem uciekną. A ona mówi, że „jak mnie zawiedziesz, to ja cię zabiję”.

Punpun oczywiście zawodzi ją i potem mija cztery tomy mmnibusa i Aiko nie ma. I nagle ni stąd ni zowąd Aiko pojawia się i to wszystko się wykoleja. Jeżeli kojarzycie komiks „Koniec zjebanego świata”, rzecz absolutnie obrzydliwa, na której przeczytanie zmarnowałem kiedyś godzinę – jest to jedna z najwstrętniejszych rzeczy, jakie czytałem w ostatnich latach – to tutaj dochodzi do czegoś takiego.

Od momentu tego zabójstwa, kiedy oni uciekają, pogrążają się coraz bardziej w jakimś takim absurdzie, w próbach… Jak to nazwać? Odnalezienia się przez ranienie się nawzajem, przez powolne umieranie i zamęczanie się. I ta absurdalna ucieczka w tym wszystkim, w trakcie której Aiko na przykład wydłubuje Punpunowi oko widelcem, a na samym jej końcu się, kurwa, wiesza w jakimś starym, jebanym warsztacie, w samym środku niczego, na jakimś gównianym pustkowiu, gdzie po prostu wszystko już dawno przepadło. Jest to… Ja lubię mocne rzeczy, nie? Ja lubię obyczajowo mocne rzeczy.

Ja nie mam problemu z przemocą, z bezsensowną przemocą, z epatowaniem i jazdą po obyczajowej bandzie. Ale ten komiks jest przez dwie trzecie swojej objętości, przez trzy czwarte swojej objętości niewiarygodnie nudną historią o typie, któremu w życiu nie wychodzi, o typie, któremu na tym nie zależy, którego to nie obchodzi, którego to w ogóle nie interesuje i który nie robi zupełnie nic, żeby w życiu mu wyszło. To jest historia tocząca się z karty na kartę o tym, że jakiś człowiek sobie żyje i kompletnie nic z tego nie wynika.

Nic. Gdyby tego bohatera nie było w tej mandze, to ta manga nic by na tym nie straciła, bo i tak pełna jest bełkotliwych przemówień jakiegoś nawiedzonego typa, który uważa się za przywódcę, który zbawi Wszechświat. I na końcu jeszcze potem w tym wszystkim ta katastrofa kolejowa, kiedy po prostu zbieramy tych wszystkich ludzi do kupy i piiizd! Walnijmy nimi o asfalt, zobaczmy jak bardzo się rozbryzgną.

Otóż mówię wam: bardzo, i wiecie co? I z tego kompletnie nic nie wynika. Ostatni tom jest w zasadzie epilogiem, jest taki mniejszy, o połowę krótszy, bo w oryginale było to 13 tomów, a u nas zebrane jest w siedem. I epilog, ostatni tom, mówi o tym, że nic się nie zmieniło.

Z tego nic nie wynika. To, że Aiko zaszlachtowała matkę nożem, że potem Punpun krwawiącą niósł ją przez pół kraju, że ona wydłubała mu widelcem oko, a potem się powiesiła. To nic nie zmienia. Kompletnie bez sensu. A on potem ją zdjął i zaniósł jeszcze gdzieś i zostawił jakimś ludziom, na jakimś, kurwa, zadupiu. Kompletnie bez sensu. A potem stracił przytomność, a jak doszedł do siebie, to dostał wyrok w zawieszeniu i świat toczy się dalej.

On cały czas mieszka z tą dziewczyną od mangi, która zaczęła pisać własne scenariusze, które nie opowiadają o przegrywach, którzy nic nie robią w życiu, tylko takie, które ktoś chciałby czytać. Ma dziecko z zupełnie innym człowiekiem i pomiata Punpunem jak szmatą, ale zawsze dobrze jest mieć faceta w mieszkaniu, szczególnie, że mała potrzebuje jakiegoś, powiedzmy, wzoru, prawda? Figury ojca. Można było wybrać gorzej. Można było na przykład do tej roli zaprząc nie Punpuna, ale grabie.

Jestem bardzo rozczarowany tym komiksem. Kiedy czytałem pierwszy, drugi tom, to jeszcze wszystko wyglądało na to, że to będzie opowieść. Taka historia, jak była w „Solaninie”. Taka historia, jak była w „Dziewczynie znad morza”. To będzie opowieść o pewnym człowieku. Tymczasem to jest opowieść o pewnym koncepcie. To jest opowieść o tym, jak bardzo można przegrać, ale opowieść, z której nic zupełnie nie wynika. Opowieść o tym, że można przegrać i to w zasadzie wszystko.

Że można zjebać swoje życie, nawet nie próbując go zjebać i to w zasadzie wszystko. I pokazane są dosyć radykalne, ale nie mające żadnego głębszego sensu, żadnego przesłania, same obrazki, w jaki sposób można to życie zjebać. Być może o to w tym chodzi.

Być może właśnie chodzi o pokazanie tego, że nie zawsze w tym wszystkim jest sens. Że czasem chodzi po prostu o trwanie. Że czasem chodzi po prostu o to, żeby nie być na miejscu Aiko, która doszła do wniosku, że jednak się powiesi, bo po prostu już nie chce jej się dalej iść. Bo już nic więcej w swoim życiu zjebać nie może. Być może po prostu już jej się nawet nie chce próbować. To jest strasznie smutna historia, która zaczynała się w sposób obiecujący coś więcej, a potem wykoleiła się i stała się takim dziwnym, bełkotliwym eksperymentem chyba pod tytułem „ile redaktor w Jumpie jest w stanie zaakceptować, ile są w stanie zaakceptować czytelnicy”.

Są rzeczy, które kojarzą mi się z tą historią. Pierwszą jest film „Joker” z Joaquinem Phoenixem, który jest warsztatowo bardzo dobrym filmem, a Joaquin Phoenix jest to świetny aktor. Dał tam popis najwyższej klasy aktorstwa, a jednak strasznie nie lubię tego filmu. Jeżeli nie widzieliście, to w dużym skrócie jest to film o przegrywie, który pewnego dnia postanawia się odgryźć. Jest to film, którego nie lubię nie dlatego, że on jest o przegrywie. Każdy może być przegrywem. Każdy z nas na jakimś etapie swojego życia był przegrywem. To nie jest tak, że ja nie wiem, o czym mówię. Owszem, teraz, powiedzmy, poukładałem sobie to wszystko, ale każdy z nas kiedyś był na dnie w Warszawie, w Paryżu czy w Londynie.

Przegryw w „Jokerze” daje wyraźny sygnał wszystkim przegrywom przed ekranem. To nie jest twoja wina, że przegrałeś. Jesteś przegrywem, ale wiesz, to jest fajne. Co możesz zrobić, skoro jesteś przegrywem? Po pierwsze zaakceptuj, że to społeczeństwo jest winne. To państwo jest winne, to wszyscy są winni oprócz ciebie. Co możesz zrobić, żeby poczuć się dobrze? Zabij kogoś, podpal kilka sklepów, doprowadź do zamieszek.

No, nie widzę tego przesłania, szczerze mówiąc. Mówienie przegrywom, że bycie przegrywem nie jest ich winą, jest w pewnych kontekstach uzasadnione. Owszem, ale nie można wszystkiego uzasadniać tym, że przecież to nie twoja wina. Ty chciałeś dobrze, no ale to wszyscy inni są winni. Tobie się po prostu nie udało, to ty jesteś ofiarą, więc teraz ty stań się agresorem. W „Punpunie” Punpun nawet nie stał się agresorem.

Stał się przez bycie przegrywem, przez splot okoliczności, które nie zależały od niego oczywiście, którym nie był winny. Bo co jest winien dwunastoletni chłopak temu, że jego rodzice się rozeszli? Że mieszka w bezsensownej, toksycznej rodzinie i że jest nieśmiały, wycofany, że nie potrafi poradzić sobie z rzeczywistością. Ale Punpun przez następne kilka lat nie podjął żadnej próby zmiany tego stanu rzeczy.

Jest chorobliwie wycofany. Być może jest to niezdiagnozowana depresja. Być może jest to jakieś inne niezdiagnozowane zaburzenie. Być może „Dobranoc, Punpunie” to jest opowieść o tym, co dzieje się z człowiekiem, który nie jest leczony, a powinien. Punpun nawet nie jest w stanie zastrzelić kogoś i podpalić paru sklepów jak Joker z „Jokera”, bo zadowala się byciem małym, toksycznym gnojem, który rozgrywa swoje smutne, nic nieznaczące gierki na Aiko, która jest kompletną psychopatką. No tak, no.

Takie rzeczy i takie skojarzenia przychodzą mi tutaj do głowy. Jestem więc tą serią rozczarowany. Spodziewałem się opowieści obyczajowej. Tymczasem dostaję ciąg obrazków, ciąg różnych wątków, które jak w życiu, nie łączą się w żaden konkretny sposób. Bardzo często losy ludzi toczą się obok siebie. Przewijają się jeden obok drugiego. Splatają albo tylko dotykają, ale nic z tego nie wynika. Te fabuły jakby biegną obok siebie. Mam wrażenie, że czasami wrzucone są dlatego, że był deadline i trzeba było narysować coś prostego i wypełnić to treścią, która miała sprawiać wrażenie, jakoby czemuś służyła. Natomiast nie ma w tym dla mnie nic. Nie natrafiłem też na poruszenie tego wątku. Być może ze względu na to, że nikt nie chciał robić spoilerów, a być może dlatego, że krytycy, recenzenci nie wiedzieli, jak do tego się odnieść.

Trochę przypomina mi to inną sytuację z bardzo słynnym w latach 90. serialem „Neon Genesis Evangelion”. Serialem, który ostatnio z racji tego, że dostępny jest na Netflixie, to trochę wrócił. Otóż jest to serial o wielkich robotach, które służą do obrony ludzi, ziemi, świata, przed aniołami, przybyszami, najprawdopodobniej z kosmosu, przed obcymi. I opowieść o dzieciach, o nastolatkach, które są pilotami tych robotów. Prawda? Tak, o tym wszyscy pisali. Ale nikt nie powiedział o tym, że to nie jest opowieść o wielkich robotach i o pilotach wielkich robotów.

To jest opowieść o chorym psychicznie chłopcu-schizofreniku z depresją, którego urojenia przedstawione są tak, jakby był pilotem wielkiego robota, który chroni ziemię przed najazdem z kosmosu. A w rzeczywistości wszystko, co dzieje się w serialu, to są tylko jego omamy, a on jest poddawany terapii. Że jego koledzy i koleżanki z tamtej rzeczywistości, że inne pilotki i wszystko to, to jest tylko element jego urojeń.

Nie wiem, jak się uchowałem przez tyle lat, ale nikt nigdzie o tym nie wspomniał. Były oczywiście kontrowersje, że autor, że to, tamto, sramto zmagał się z depresją, ale to jest rzecz o której, mówiąc o „Evangelionie” się milczy. I myślę, że to nie jest tak, jak mówiąc o „Evangelionie” milczy się o pewnej rzeczy, której nie wiedzą ci, którzy go jeszcze nie widzieli. Kiedy mówimy o filmie „Most do Teraboithi”, nie mówimy pewnej rzeczy, ponieważ ci, którzy nie widzieli tego filmu, muszą odkryć ją sami. Jest tam pewien kluczowy zwrot fabuły, którego się w niespoilerowych recenzjach nie wymienia. I kiedy pyta się kogoś „Oglądałeś Most?” albo „O, oglądasz Most pierwszy raz, tak? To się trzymaj”. Ale nie mówi się czemu. I nie mówi się o tym, że Evangelion od 20. odcinka nie da się w ogóle oglądać, bo jest złożony z takich bełkotliwych zlepków i obrazów? I nie mówi się o tym, że „Punpun” się na przełomie piątego i szóstego tomu katastrofalnie wykoleja, a potem jest już niewiadomo czym, takim dziwnym miszmaszem absurdalnych rzeczy.

Tylko że różnica między „Mostem” a tymi dwoma jest taka, że tam to wszystko, co się dzieje, czemuś służy. W przypadku „Evangeliona” można się kłócić. Ja miałem okazję parokrotnie wymieniać uwagi i zdania na temat tego, czemu, dlaczego, że to jednak ma sens. Ale nadal uważam, że ktoś powinien mi powiedzieć, że to nie jest serial o wielkich robotach. W przypadku „Punpua” nie wiem, czy jestem na tym etapie gotowy do podjęcia dyskusji w ogóle.

Na razie jestem bardzo rozczarowany. To znaczy, nie tak bardzo. Poświęciłem dwa lata na przeczytanie tej serii i jestem pod wrażeniem ogromu pracy, który Inio Asano włożył w tę historię, bo jest to monumentalne dzieło. Bardzo sam chciałbym kiedyś napisać coś tak wielkiego i skomplikowanego. Mam na koncie tylko trylogię warszawską z „Kompleksu 7215”, która rozmachem nie dorasta jeszcze do tego poziom. Ale jestem jeszcze młody, dopiero trochę po 40, więc mam czas na tworzenie takich dużych projektów.

A jednocześnie jestem rozczarowany, najzwyczajniej świecie jestem rozczarowany, ponieważ ten monumentalny ogromny komiks po pierwsze graficznie jednak ustępuje poprzednim utworom Asano, które miałem okazję poznać i które zachwyciły mnie swoją oprawą, a po drugie nie dowozi. Jest to gigantyczna, monumentalna opowieść o niczym. Punpun jest nikim. Jest takim bytem, czasem mijamy takich ludzi na ulicy. Nie zwracamy na nich uwagi. On odstaje od tła, ale w tylko komiksie – dla nas, dla czytelników. W świecie przedstawionym ludzie go przeoczają. W epilogu jeden z jego byłych kolegów, którego losy pojawiają się zupełnie bez sensu co jakiś czas w tej mandze, nie wiadomo po co, spotyka go na ulicy i potem kiedy ich drogi się znowu rozchodzą, stwierdza, że nawet nie wie, jak ten typ miał na imię. On był, pamięta, że chodzili do klasy, ale co poza tym nic.

I tak samo, jak z życia, z istnienia Punpuna w serii nic de facto nie wynika, to tak samo dla mnie nie wynika nic z tej historii jako dla czytelnika. Ja nie mówię jednak, że jest to komiks zły. Do mnie po prostu pewne rzeczy nie przemawiają. Może nie jestem teraz w takim momencie mojego życia, że jestem w stanie zidentyfikować się już z pewnymi problemami. Może zbyt wiele przeczytałem takich historii, może część z nich była po prostu zrobiona lepiej, a może po prostu nie jest to komiks dla mnie. Wy powinniście ocenić to na własną rękę. A jeżeli już go czytaliście, to bardzo chętnie podyskutuję z wami na ten temat, gdzieś albo w sieci, albo na żywo na jakimś konwencie.

Ja osobiście nie polecam.

Licencja Creative Commons
K-pok jest udostępniany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Seria II i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.