Odcinek 155 – Chyba widziałem czajkę

Jest trochę o bezrobociu, trochę o pisaniu i dużo jest wiatru. Nad rzeką, a chociaż o tym nie wspomniałem, to niedaleko miejsca, gdzie nagrywaliśmy Cieciowisko.

Poniżej znajduje się maszynowa transrypcja audycji.

Jest piątek, godzina dziewiąta. Znaczy nie, tak naprawdę jest niedziela w samo południe.

Bycie na bezrobociu bardzo jednak człowieka demoralizuje. Żyjemy w takich czasach, że jakieś stałe źródło dochodu trzeba mieć. Ja od miesiąca jestem bezrobotny. To nie tak, że to było zaskoczenie. Rzadko kiedy rozstanie się z pracą jest zaskoczeniem. Chociaż zdarzały mi się takie przypadki, no bo pracuję już długo, od bardzo dawna. Od dwudziestego wieku pracuję zarobkowo.

Rzadko kiedy też jest to przyjemna sytuacja. Chociaż miałem taką pracę z takim szefem, toksycznym mistrzem micromanagementu, że jak się dowiedziałem, że nie przedłużają mi umowy, to pomyślałem „A, i bardzo dobrze. Wreszcie to się skończy”. To była niezła robota, bo dobrze płatna jak na tamte czasy i tamte warunki, ale toksyczna. Środowisko było bardzo trudne i tak naprawdę, kiedy pomyślałem, że mogę zmienić je na jakieś normalne, to chyba się ucieszyłem.

No, tym razem tak nie było. Spodziewałem się, że firma będzie chciała się ze mną rozstać. Wszystko zostało załatwione bardzo ładnie. Zlikwidowano moje stanowisko, zmieniono tryb pracy i jeszcze w dodatku wypłacili mi półroczną odprawę, więc jakby tu pod tym względem nie mogę narzekać. Ale jednak sytuacja, kiedy znowu muszę szukać roboty, a mam już niedługo 48 lat, jest sytuacją trochę niekomfortową. Oczywiście w IT doszliśmy na szczęście do takiego momentu, że firmy nauczyły się, że młodzi, agresywni, dynamiczni ludzie świetnie pasują do młodego, szybkiego zespołu. Ale takie zespoły bardzo dobrze sprawdzają się w startupach i w jednorożcach.

A jak potrzebujesz, żeby coś było robione dobrze, to może czasem jednak jest warto zatrudnić fachowca, który ma wiele lat doświadczenia w branży, w której pracuje i który w dodatku nie będzie szukał przygód. Przede wszystkim nie postanowi na przykład za pół roku, za rok albo za dwa lata zmienić firmę na taką, która oferuje mu lepsze warunki. Bo jak człowiek jest ustawiony, nie ma hipoteki i ogólnie rzecz biorąc ma w życiu wszystko, czego potrzebuje, a w dodatku spełnia się po pracy, robiąc rozliczne rzeczy w ramach hobby, to od pracy oczekuje tak naprawdę jednej rzeczy – stabilności.

Przychodzi, robi to, co ma do zrobienia, najlepiej jak potrafi, tak jak ma za to płacone i potem wychodzi z pracy i robi swoje. To jest sytuacja, która dotarła do wielu firm, do wielu zarządów i wielu przełożonych, którzy zrozumieli, że lepiej jest inwestować w kogoś, kto będzie potem oferował zwrot tej inwestycji. Mnie na przykład, moja już obecnie była firma, wysłała na studia z komunikacji technicznej i rzeczywiście jeszcze parę miesięcy przepracowałem, korzystając z tej wiedzy. Wiedzy, którą, no nie nauczyłem się tam dużo nowych rzeczy, chociaż paru też, trochę nowego oprogramowania, trochę nowych systemów, ale przede wszystkim skonsolidowałem wiedzę, którą miałem. Dlatego teraz mogę pochwalić się w CV tym, że mam m.in. wykształcenie kierunkowe, co jest bardzo cenione przez wielu potencjalnych pracodawców.

A jednak od miesiąca targa mną pewien rodzaj niepokoju, bo mimo wszystko zegar tyka. Poranki zaczynam normalnie. Wstaję o 6.30, tak jak zawsze, bo nie widzę powodu, żeby nie wstawać rano, tylko dlatego, że nie muszę o 7.00 zalogować się do pracy. W końcu jak wstaję rano, to mam dla siebie cały dzień i mogę robić dużo różnych rzeczy. Zaczynam go, ten dzień, od mniej więcej godzinnego przeglądania ofert i szukania pracy, sprawdzania, kto zdążył już odrzucić moją propozycję, kto jeszcze mógłby być nią zainteresowany i wysyłania rzeczy. Jest to cały czas proces żmudny i momentami smutny, chociaż muszę przyznać, że sytuacje, w których ładuję CV, a potem muszę wypełnić ankietę, w której jest dokładnie wszystko to samo, co CV, zdarzają się rzadko. Ale zdarzają się. Taką sytuację miałem na przykład z jedną z firm, gdzie musiałem wypełnić, oprócz załadowania CV, musiałem wypełnić wszystkie daty zatrudnienia, kto z kim, wykształcenia, kiedy, jakie i tak dalej, wszystkie rzeczy, które już dostali. Trochę głupiego robota, no ale robię takie rzeczy, bo ogólnie rzecz biorąc, chciałbym jednak wrócić na rynek pracy.

Po pierwsze, mimo tego, że jesteśmy dosyć dobrze zabezpieczeni finansowo, to pozostawanie bez pracy przez kilka miesięcy siłą rzeczy w pewnej chwili spowoduje, że trzeba będzie sięgnąć do oszczędności, a to nie jest dobry pomysł, bo oszczędności warto mieć po to, żeby sobie na starość kupić chatę nad Bałtykiem albo, nie wiem, wyprowadzić się jeszcze gdzieś indziej, może to być też nad Bałtyk, ale na przykład po drugiej stronie, bo i taki plan gdzieś tam przecież mógłbym rozważyć, biorąc pod uwagę, że bardzo lubię tę drugą stronę Bałtyku, mam na myśli – północną. Z drugiej strony można uznać, że jest to zarówno północne, jak i zachodnie wybrzeże Bałtyku przecież, prawda?

Ale oprócz tego, że poświęcam co rano sporo czasu na to, żeby wrócić do Kieratu, no wiem, kuriozalna sytuacja, to mam trochę więcej czasu niż zwykle. Staram się nie marnować go na scrollowanie internetu, tylko robię różne rzeczy. Trochę rysuję, trochę piszę, ale przede wszystkim wychodzę z domu. Wychodzę z domu, idę nad rzekę, idę do przepompowni, do której latami wędrowaliśmy z chłopakami, siadaliśmy tutaj albo na murze budynku, na takim małym balkoniku od strony rzeki albo nad samą rzeką, tam, gdzie są przepusty, wyloty kanału z fabryki. I robię zdjęcia, puszczam sobie drona. Wiecie, jest fajnie.
Na przykład ostatnio trafiłem pociąg kilka razy. Raz jechał taki długi skład pełen węgla do elektrociepłowni Siekierki i miał lokomotywy z obu końców. Tego samego dnia sfotografowałem z powietrza akcje strażaków, którzy gasili płonącą trawę po drugiej stronie rzeki nad jeziorkiem, gdzie jest wake. Innym razem widziałem samą lokomotywę jeżdżącą raz w jedną, raz w drugą stronę. Zdarza się, że widuję żurawie, widuję dzikie gęsi, które lądują na takim małym jeziorku na łęgach zaraz przy przepompowni. Oprócz tego oczywiście są krzyżówki, łabędzie.

Dzisiaj rano, kiedy wyszedłem z domu i szedłem w dół rzeki, w stronę Wisły wydaje mi się, że widziałem czajkę. To by było coś, nie jestem pewien. Czajki na tych łąkach widywałem regularnie, ale w dzieciństwie. No, to już było dawno temu, myślę, że dobrze ponad 30 lat. I gdyby się okazało, że czajka to rzeczywiście była czajka, to by było fajnie. To znaczy, że wróciły na mokradła, to znaczy, że coś dobrego się dzieje.

Przychodzę tak, siedzę nad tą rzeką, patrzę na płynącą wodę. To jest zaleta mieszkania nad rzeką. Rzeka… Mówi się, że rzeka i ludzie, którzy mieszkają nad rzeką, że ona zabiera ich troski. Zabiera to, co ich trapi. Kiedy patrzą na płynącą wodę, to ta woda jakby oczyszcza ich umysły. Nie wiem, czy to do końca prawda, ale lubię patrzeć na płynącą wodę.
Dzisiaj poszedłem dalej, prawie do ujścia Jeziorki do Wisły. Doszedłem do miejsca, gdzie Wilanówka przepływa pod Jeziorką. Mamy takie ciekawe urządzenie hydrotechniczne.
Jest tam stopień wodny, w zasadzie kilka, mały taki, ale pod nim przepływa pod spodem kanałem inna rzeka. Rzeka, do której Jeziorka kiedyś wpadała i z którą razem płynęła, uchodziła aż do jeziora wilanowskiego. W latach pięćdziesiątych przekopano z powrotem ujście bliżej Wisły, prosto z miejsca, gdzie obecnie Wilanówka przepływa pod Jeziorką. To chyba nawet nie jest kilometr.

A nawet trochę mnie korciło, żeby pójść i wrócić drugim wałem. Teraz, żeby na odcinku między Mirkowską na Porąbce a Wisłą przedostać się na drugi brzeg, no, to trzeba albo ściągnąć spodnie i pójść po dnie, co nie jest do końca wymarzonym pomysłem, albo właśnie przejść przez most tuż przy ujściu do Wisły. Kiedyś tu, gdzie siedzę, przy przepompowni leżały dwie szyny kolejowe, przerzucone w poprzek rzeki, można było po nich przejść. To było fajne. Zostały zdjęte, kiedy nowy właściciel kupił fabrykę. Kiedyś po prostu korzystali z tego mieszkańcy, pracownicy fabryki. Wychodzili z tyłu z zakładu, za bocznicą kolejową i za oczyszczalnią i szli do sklepu we wsi po drugiej stronie rzeki.
Chyba nikt nie chciał, żeby ludzie mu tam łazili, a może jakieś inne były powody i kładkę tą zdjęto. Były takie dwie, bo w połowie drogi między przepompownią a Porąbką była druga, przerzucona chyba na wysokości dawnego przepędu bydła. Bo łąki, łęgi, które są za moimi plecami, nie widzicie ich teraz, ale musicie uwierzyć, że one są, kiedyś służyły do wypasu bydła z okolicznych wsi, głównie z Bielawy, bo bydło z Jeziorny pasło się na łąkach między kanałem fabrycznym, a rzeką. Tam, gdzie teraz jest osiedle domów jednorodzinnych Empire. To było dawno. Empire zbudowano jeszcze w latach 90-tych. Zresztą nie wiem, czy ktoś jeszcze ma krowy. Wiem, że są ludzie, którzy miewają kury, różne takie rzeczy, ale krowy? Krowy chyba już nikt w Jeziornie nie ma. Chociaż mogę się mylić. Jeżeli ma, to dawno nie widziałem.

Nie wiem, chyba tego nie słychać na nagraniu, ale ja siedzę tutaj i słyszę przede wszystkim szum wiatru, słyszę pokrzykiwania rybitw, których jest sporo, krążą nad łęgami, wrony siwe, kaczki krzyżówki. Czasem słychać łopotanie łabędzia, kiedy ląduje albo się podrywa z wody i czasem słychać klangor dziki gęsi. Ostatnio widziałem je tutaj, to były chyba albo gęsi zbożowe, albo białoczelne. Trudno mi powiedzieć, bo pod światło nie do końca dobrze było widać. Widuję też regularnie żurawie, które raczej w oddali krążą bliżej Wisły, nad tamtejszymi łąkami, chociaż któregoś dnia – wtedy, kiedy akurat widziałem pociąg i pożar, to były blisko, krążyły tuż niedaleko. Akurat tego dnia postanowiłem nie brać aparatu fotograficznego, bo po co brać za sobą zawsze aparat fotograficzny, zupełnie jakby, nie wiem, można go było po prostu włożyć do plecaka i tyle.

I tak spędzam czas. To dobrze robi na głowę. Siedzimy w środowisku, które jest mocno stechnicyzowane, wiecznie przed ekranami i każde odejście od biurka, odejście od ekranu i schowanie przede wszystkim telefonu w kieszeń robi dobrą robotę. Uspokaja człowieka trochę. System nerwowy odpoczywa i jakoś tak mniej się męczy, chociaż oczywiście ciało, szczególnie moje, które cóż, dobrą kondycję straciło jakiś czas temu, ładnych parę lat temu.
Siedzący tryb życia i parę innych rzeczy dopadły mnie, a za późno zorientowałem się, że dobrze by było robić coś, cokolwiek, żeby nie zdziadzieć i tak przytyło mi się i ogólnie rzecz biorąc chodzenie na takie dłuższe spacery, kilkukilometrowe stanowi dla mnie nie chcę powiedzieć, że wyzwanie, ale coś nowego, coś fajnego. Wracam przyjemnie zmęczony. Na szczęście nie mam zakwasów, bo też nie są to aż takie intensywne wyprawy.

Ale przed biurkiem też siedzę, siedzę przed ekranem. Wyciągnąłem całą kolekcję „Kompleksu 7215”. Trzy powieści i parę opowiadań. Przeglądam i redaguję. Opowiadania już przejrzałem, ale trochę jest to straszne, bo „Kompleks” napisałem 12 lat temu. Przez ten czas mój warsztat bardzo się poprawił. Stwierdzam nieskromnie. Napisałem też wiele innych rzeczy i im bardziej zagłębiam się w tą powieść, tym bardziej miałbym ochotę ją napisać od nowa albo w zasadzie napisać inną powieść. Będę musiał więc trochę powstrzymywać się, po prostu ją zredagować i oddać ją nowemu wydawcy.

Dowiadujecie się jako pierwsi – „Kompleks 7215” dostanie wznowienie u nowego wydawcy. Wszystkie trzy powieści, opowiadania. Bardzo chciałbym i wiem, że czytelnicy też by chcieli i czekają nie tyle na samo wznowienie, no bo książkę kto miał kupić, to kupił. Liczę oczywiście na nowych czytelników i na to, że pojawią się nowi fani tej historii i opowieści o rudym Borce, który szukał ojca, ale wiem, że wszyscy tak naprawdę czekają i niektórzy zadali już to pytanie, czy będzie coś nowego, czy powstanie kolejna powieść w tym uniwersum. Odpowiedź na to jest trudna. Przede wszystkim, no właśnie, pytanie – czy napisać coś z tymi samymi bohaterami? Musiałbym napisać kontynuację, a w epilogu „Dworca Śródmieście” wyjechali z Warszawy, porzucili świat, w którym wszystko się działo i ruszyli przed siebie w stronę horyzontu, na zachód. Na południowy zachód.
Myślę, że chyba wiadomo, dokąd pojechali. Nikt przy zmysłach by tego nie zrobił dobrowolnie, ale oni mieli powody.

Drugą możliwością jest napisać powieść, która dzieje się równolegle, w której są inni bohaterowie i inne postacie. Jest wiele miejsc, wiele rzeczy, które mogą się wydarzyć. Jest przecież Agenor i jego psy, którzy pojawili się pierwszy raz, przebijając się do Jeziorny i w Klarysewie trafili do cywilnego bunkra. Pojawili się też, chciałbym powiedzieć – powrócili, ale nie, bo pojawili się w historii wcześniejszej, która rozgrywa się na Okęciu, gdzie wędrowny grajek przytulił się do betonu wśród nowej społeczności i znalazł tam miejsce dla siebie. Są miejsca, w których mogłyby się dziać rzeczy, coś mogłoby się rozgrywać na północy, na odcinku bielańskim, coś mogłoby siedzieć w trakcie wojny ostatniego przymierza albo później, albo przedtem, albo na początku. No możliwości jest wiele, ale nie mam jeszcze pomysłu, który mówi do mnie – zrób to, zrób to, zrealizuj mnie. Czekam jeszcze na taką chwilę, kiedy coś, liczę, że zaskoczy, kiedy będę redagował pierwsze trzy powieści, kiedy coś powie tak, to jest to i wtedy będę wiedział, usiądę i przez trzy miesiące będę spędzał noce na pisaniu i piciu piwa i tworzeniu nowych rzeczy, nowych opowieści, nowych historii. Od dawna chciałbym napisać znowu powieść. Już jakiś czas tego nie robiłem. Ostatnią był… była „Kraina obojętnego bawołu” o Godarze Czarnobrodym. Wyszła już jakiś czas temu, powstała jeszcze dawniej, bo przeleżała przecież grubo ponad rok w szufladzie.

Pisałem tylko opowiadania, fajne opowiadania, dobre opowiadania. Mój zeszłoroczny zbiór „W cieniu drzew”to jest dobra rzecz, jeżeli ktoś chciałby zacząć przygodę z moją pisaniną. Jest bardzo przekrojowa, to są niezłe teksty, niektóre z nich są bardzo stare, niektóre są całkiem nowe, napisane kilka miesięcy przed premierą. A teraz na jesieni wychodzi nowy zbiór opowiadań „Gyllene Tider” o trójce przyjaciół nastolatków, którzy dorastają w latach osiemdziesiątych. Kończą szkołę podstawową i to jest taki moment, kiedy drogi ludziom się rozchodzą, kiedy wiele rzeczy w życiu się zmienia. Nie zawsze są to zmiany, których oczekujemy. Czasem są to zmiany, których się boimy. Czasem są to zmiany, o których wiemy, że muszą nadejść, ale wolelibyśmy, bo żeby tak się nie stało. To też bardzo dobry zbiór, bardzo taki osobisty, powiedziałbym nawet, momentami intymny. Pokoleniowy egzorcyzm. Rozrachunek ze światem, którego nie mieliśmy i nie mogliśmy mieć. Napisałem tam świat, który chciałbym, żeby istniał.

To jest plus bycia pisarzem. Mogę napisać o wszystkim, na co miałbym ochotę. Mogę wymyślić każdą sytuację i naprawić każdą krzywdę i każdy błąd, który w naszym świecie się wydarzył. Mogę wymyślić coś niezwykłego, czego jeszcze nie było. Może tak będzie właśnie z nową powieścią z „Kompleksu 7215”. Nie wiem. Liczę na to, że tak i wiem, że ludzie też na to liczą. Będę Was informował.

Ale narazie, cóż, siedzę nad rzeką. Gapię się na przepływającą wodę. Po drugiej stronie rzeki na schodach siedzi jakiś człowiek z dwoma psami i też patrzy się na wodę. Czyli to jest dobra rzecz. Fajna rzecz. Tak siedzieć i nie musieć nic robić. No tak, muszę jeszcze znaleźć pracę. Liczę na to, że nastąpi to szybciej niż później. Jestem nastawiony optymistycznie. Oczywiście wiele moich wysłanych CV pozostaje bez odzewu. Niektórych jedynym odzewem jest „Dziękujemy, ale zdecydowaliśmy się tym razem nie kontynuować procesu rekrutacyjnego z Tobą. Życzymy Ci powodzenia”. Są też takie odpowiedzi, które napawają mnie optymizmem. Że może to właśnie nowa firma, nowe miejsce, w którym znajdę przestrzeń, przystań zawodową na kilka lat. Unormowanie zawodowego życia zawsze jest korzystne. Bo wtedy człowiek spokojniej podchodzi do tego, co robi po pracy. A teraz po pracy mam dużo rzeczy do zrobienia. Muszę przede wszystkim zredagować trzy powieści. A to jest duża praca. A potem, no cóż, a potem chciałbym napisać jeszcze jedną. I może kilka opowiadań. I może jeszcze coś. A w przerwach jeszcze coś narysować. I porobić rzeczy. A może tego lata wrócę do jeżdżenia rowerem. Bo czasem przyjście tutaj na tę przepompownię to jednak robi się czasochłonna wyprawa.

A ponieważ jest piątek, godzina dziewiąta, chociaż nie wiem, czy słuchacie tego K-poka akurat po premierze – trochę przestałem śledzić, jak i kto słucha i w jakich ilościach tych audycji – ale życzę Wam spokojnego weekendu. Jeżeli czekają Was w życiu zmiany, jeżeli macie jakieś rzeczy do zrobienia, to życzę Wam, żeby te zmiany okazały się pozytywne. I żebyście zrobili te rzeczy, bo może to też przyniesie jakieś pozytywne zmiany. Staram się nie narzekać na wszystko. Chociaż może miałbym i powody, ale przecież nie można cały czas, całe życie wiecznie na wszystko narzekać. Bo tylko człowiekowi się od tego robi smutno.

Trzymajcie się.

Licencja Creative Commons
K-pok jest udostępniany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Seria II i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.